Miasto

Popularne miasta

Wrocław

  • 2344 inwestycje
  • 12599 wiadomości
  • 3707 ogłoszeń
  • 343 firm

Kraków

  • 2436 inwestycje
  • 5396 wiadomości
  • 693 ogłoszeń
  • 173 firm

Warszawa

  • 1563 inwestycje
  • 5651 wiadomości
  • 1 ogłoszeń
  • 205 firm

Poznań

  • 296 inwestycje
  • 1146 wiadomości
  • 119 ogłoszeń
  • 50 firm

Katowice

  • 276 inwestycje
  • 1765 wiadomości
  • 0 ogłoszeń
  • 51 firm

Lublin

  • 201 inwestycje
  • 1374 wiadomości
  • 0 ogłoszeń
  • 19 firm

Gdańsk

  • 118 inwestycje
  • 1093 wiadomości
  • 1 ogłoszeń
  • 14 firm

Łódź

  • 75 inwestycje
  • 892 wiadomości
  • 0 ogłoszeń
  • 27 firm

Białystok

  • 74 inwestycje
  • 367 wiadomości
  • 0 ogłoszeń
  • 57 firm

Szczecin

  • 73 inwestycje
  • 650 wiadomości
  • 17 ogłoszeń
  • 23 firm

Bydgoszcz

  • 33 inwestycje
  • 290 wiadomości
  • 1 ogłoszeń
  • 11 firm

Toruń

  • 27 inwestycje
  • 365 wiadomości
  • 0 ogłoszeń
  • 3 firm
forum / Gospodarka / Nieruchomości
13 17991

Nieruchomości

  • Orzech
    Orzech 194548
    08.03.2007, godz. 23:38
    Własne "M" za kilka złotych? Marek Wielgo2007-03-06, ostatnia aktualizacja 2007-03-06 20:51 Posłowie PiS, LPR i PO wyświadczą niedźwiedzią przysługę większości mieszkańców spółdzielni - twierdzi Związek Rewizyjny Spółdzielni Mieszkaniowych RP Karl Jorgenson W planowanym na ten tydzień porządku obrad Sejmu znalazło się drugie czytanie nowelizacji ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych. To dla posłów ostatni moment na zaproponowanie poprawek. Prawdopodobnie będzie ich sporo, bo nowela budzi olbrzymie emocje. Wczoraj na projekcie nie pozostawił suchej nitki Związek Rewizyjny Spółdzielni Mieszkaniowych RP. Jeden z długiej listy zarzutów dotyczy nowych zasad "wykupu" mieszkań. Blisko 900 tys. lokatorów miałoby dostać mieszkania na własność po spłaceniu nominalnej kwoty kredytu umorzonego przez państwo w latach 70. i 80. Znaczyłoby to w praktyce oddanie lokatorom własności nawet za kilka czy kilkanaście złotych. Posłowie PiS, LPR i PO odpierają zarzut, że to rozwiązanie ingeruje w sposób niezgodny z konstytucją w prywatny majątek. Chodzi o to, że teraz po spłaceniu kosztu budowy swojego mieszkania lokator musi dziś jeszcze dopłacić tę część jego wartości, którą objął umorzony przez państwo kredyt budowlany. W praktyce lokator wpłaca więc do spółdzielni nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych, podczas gdy ta odprowadza do budżetu kilka lub kilkanaście złotych. Według dyrektora Związku Ryszarda Jajszczyka uwłaszczenie lokatorów jest krzywdzące dla ok. 1,9 mln rodzin, które przekształciły mieszkania na dotychczasowych zasadach. I to nie tylko dlatego, że ludzie ci zapłacili więcej. - Za te pieniądze spółdzielnie remontowały budynki, w których mieszkają także obecni lokatorzy. Teraz ta grupa dostanie nadzwyczajną premię - mówił Jajszczyk. Ponadto nowela nakaże zarządom prowadzenie odrębnie dla każdego budynku ewidencji i rozliczenia kosztów. Tak więc ci, których budynki nie zostały jeszcze wyremontowane, będą zbierali pieniądze na ten cel od nowa. To nie wszystko. Całkowicie za darmo ma dostać mieszkania na własność ok. 40 tys. najemców byłych mieszkań zakładowych, które spółdzielnie przejęły nieodpłatnie. Zarząd spółdzielni będzie musiał przenieść własność na lokatora w ciągu trzech miesięcy od dnia złożenia wniosku. Nie będzie to jednak możliwe, gdy budynek stoi na gruncie o nieuregulowanym statusie prawnym (spółdzielnia nie jest właścicielem ani użytkownikiem wieczystym). Związek Rewizyjny podaje, że ten problem może dotyczyć nawet 10 proc. budynków. Obecnie da się go obejść, bo mieszkanie lokatorskie można przekształcić w spółdzielcze własnościowe prawo do lokalu. Nowela to uniemożliwi. - Posłowie uznali, że spółdzielcze prawo do lokalu jest bękartem systemu socjalistycznego. Spółdzielczości szkody tym nie wyrządzą, ale status wielu lokatorów zostanie zamrożony na kilka lat - stwierdził Jajszczyk. http://dom.gazeta.pl/nieruchomosci/1,73497,3968373.html
  • preslaw
    preslaw 122
    09.03.2007, godz. 12:39
    Cegły i pustaki zdrożały nawet o sto procent. autor: Henryk A. Sadowski, Ola Kurowska, Dobra koniunktura w budownictwie powoduje wzrost cen materiałów budowlanych. To może pociągnąć za sobą wzrost cen mieszkań i domów jednorodzinnych. – Cegły, które jeszcze w końcu ubiegłego roku sprzedawałem za 50 gr, teraz kosztują 1,2 zł – mówi Zbigniew Wiśniewski, właściciel stołecznej hurtowni MarkBud. Tłumaczy to wzrostem cen energii i transportu. Jednak zdaniem Zbigniewa Bachmana z Polskiej Izby Przemysłowo-Handlowej Budownictwa, nie są to jedyne czynniki powodujące wzrost cen materiałów. – W budownictwie jest dobra koniunktura, więc także duży popyt na materiały budowlane. I nie widzę w tym nic dziwnego, że ich producenci chcą to wykorzystać – komentuje Zbigniew Bachman. Przedstawiciel PIPHB zwraca też uwagę, że wysoki popyt na materiały budowlane związany był też ze stosunkowo łagodną zimą. – Większość firm nie wstrzymywała w tym czasie robót. Z drugiej strony jednak prawie pełną parą pracowały prawie wszystkie cegielnie, które z reguły okres zimowy wykorzystują do prac konserwatorskich – powiedział nam Zbigniew Bachman. Kto za to zapłaci Jaki to może mieć wpływ na ceny mieszkań? – Połowę kosztów budynku w stanie surowym stanowią ceny materiałów budowlanych. Jeśli podrożeją dwukrotnie, to produkt finalny, czyli gotowe mieszkanie, powinien zdrożeć o 25 proc. Obecnie nasze marże wynoszą około 20 proc. Nie jesteśmy w stanie wyższych cen materiałów budowlanych wziąć na siebie kosztem marż – mówi Marek Poddany, prezes operującej od kilku lat na warszawskim rynku firmy deweloperskiej Sedno. Jego zdaniem, broń może być obosieczna. – Nie możemy w nieskończoność windować cen, bo pojawi się bariera popytu. A to może zakończyć się plajtami także producentów materiałów budowlanych – dodaje Poddany. Podobnie sądzi Jacek Bielecki z Polskiego Związku Firm Deweloperskich. – Dobra koniunktura nie będzie trwała wiecznie. Bo drożeją nie tylko materiały budowlane, ale też grunty i robocizna. Odpowiednio o 100 i 50 proc. Dobre marże, jakie uzyskują deweloperzy, wynikają z tego, że grunty pod mieszkania obecnie sprzedawane były kupione przed trzema laty. A kontrakty na wykonawstwo zawarto dwa lata temu. Obecnie generalny wykonawca chce od dewelopera już do 5 tys. zł za metr kwadratowy mieszkania– mówi Jacek Bielecki. Dodaje, że z początkiem przyszłego roku dojdzie do tego jeszcze wyższy VAT na sprzedawane mieszkania. Podatek ten wzrośnie z 7 do 22 procent. Przeczytaj całość w elektronicznym wydaniu Życia Warszawy.
  • Darek
    Darek 5485
    09.03.2007, godz. 12:45
    Marek Wielgo 2007-03-08, ostatnia aktualizacja 2007-03-09 01:40 GAZETA WYBORCZA Jeśli chcesz inwestować w mieszkania, to najlepiej w Sofii, Bratysławie i Warszawie. Taką rekomendację usłyszą za kilka dni w Cannes rekiny rynku nieruchomości W przyszły wtorek w Cannes rozpoczną się najważniejsze w Europie targi nieruchomości, w czasie których firmy Jones Lang LaSalle i Reas Konsulting przedstawią wspólny raport dotyczący rynków mieszkaniowych w dziesięciu stolicach państw środkowoeuropejskich. - Dziś są one jednym z głównych celów dla międzynarodowego kapitału, który nerwowo szuka miejsc na ulokowanie się - wyjaśnia prezes Reas Konsulting Kazimierz Kirejczyk. Zachodni inwestorzy zachowują się, jakby odkryli w Polsce kopalnię diamentów. Cudzoziemcy kupują u nas mieszkania, bo święcie wierzą, że ich ceny będą rosnąć. Przed rokiem w firmie RedNet Property Consulting opowiadano nam o pewnym Brytyjczyku, który sprzedał w Wielkiej Brytanii fabrykę, aby za zarobione pieniądze kupić w Polsce 300 mieszkań. Reas Konsulting ocenia, że we Wrocławiu czy Krakowie ok. 30 proc. nowych mieszkań trafia w ręce osób, które traktują to jako lokatę kapitału. W Trójmieście i Warszawie ten odsetek wynosi ok. 20 proc. Z raportu, który firmuje też renomowana międzynarodowa firma doradcza Jones Lang LaSalle, inwestorzy dowiedzą się, gdzie mogą liczyć na długotrwały i stabilny wzrost rynku mieszkaniowego, a gdzie muszą się mieć na baczności. Analitycy przyjrzeli się nie tylko sytuacji mieszkaniowej w poszczególnych stolicach naszego regionu, która generalnie jest dużo gorsza niż w starych krajach UE, ale także wielu czynnikom, które mają wpływ na podaż mieszkań oraz popyt na nie. Najlepiej wypadła Sofia. Analitycy oceniają, że popyt na mieszkania będzie tu rósł bardzo szybko, zaś ich ceny (obecnie najniższe spośród wszystkich stolic) najpewniej ostro poszybują w górę. Dobrze rokują też inwestycje w Bratysławie i Warszawie. Oba te miasta przeżywają rozkwit gospodarczy, co przekłada się na duży popyt mieszkaniowy. Przy czym w stolicy Słowacji podobnie jak w Pradze i Budapeszcie bardzo prawdopodobny jest dalszy wzrost cen mieszkań, choć nie tak duży jak w stolicy Bułgarii. Natomiast w Warszawie, Tallinie, Rydze i Wilnie w perspektywie trzech, czterech lat mieszkania będą drożały raczej powoli. Ich ceny mogą nawet na jakiś czas się zatrzymać. Jedynie w Kijowie ceny są już tak wywindowane, że ich dalszy wzrost trudno sobie na razie wyobrazić. W stolicy Ukrainy mieszkania są towarem najmniej dostępnym. Za przeciętną pensję można tu kupić zaledwie 0,1 m kw.
  • Gesah
    Gesah 1228
    09.03.2007, godz. 12:47
    ciekawe komentarze - producenci chca podobnie jak developerzy skorzystac z boomu, wiec developerzy strasza ich plajta. a moze w koncu jakis nierzetelny, oddajacy z kilkumiesiecznym opoznieniem pelne usterek "apartamenty" developer splajtuje?
  • Darek
    Darek 5485
    09.03.2007, godz. 12:54
    I zostawi klientów na przysłowiowym "lodzie"....
  • Gesah
    Gesah 1228
    09.03.2007, godz. 14:30
    ten 2. art bardzo wesoly: [quote:24um357r]Jeśli chcesz inwestować w mieszkania, to najlepiej w Sofii, Bratysławie i Warszawie.[/quote:24um357r] [quote:24um357r]Dobrze rokują też inwestycje w Bratysławie i Warszawie. Oba te miasta przeżywają rozkwit gospodarczy, co przekłada się na duży popyt mieszkaniowy. Przy czym w stolicy Słowacji podobnie jak w Pradze i Budapeszcie bardzo prawdopodobny jest dalszy wzrost cen mieszkań, choć nie tak duży jak w stolicy Bułgarii. Natomiast w Warszawie, Tallinie, Rydze i Wilnie w perspektywie trzech, czterech lat mieszkania będą drożały raczej powoli. Ich ceny mogą nawet na jakiś czas się zatrzymać.[/quote:24um357r] czyli zaczyna sie realizacja zyskow, trzeba znalezc klientow :D
  • Rafis
    Rafis 2405
    09.03.2007, godz. 18:39
    czyli we Wrocławiu ceny mieszkan są podobne jak w Pradze, Budapeszcie. Dziwi nie tez małą ilosc mieszkan budowanych w tych miastach. Natomiast ceny w Sofii nie przymierzając jak w Wołowie :)
  • Orzech
    Orzech 194548
    09.03.2007, godz. 19:02
    Wolę drogie mieszkanie we Wrocławiu,, niż tanie mieszkanie w Sofii :)
  • Darek
    Darek 5485
    12.03.2007, godz. 11:24
    RYNEK WTÓRNY Tylko w niektórych miastach lekka stabilizacja W lutym stawki za mieszkania używane najbardziej poszły w górę w Warszawie (wzrost o ponad 4 proc.) oraz w Gdańsku (wzrost o 2,7 proc.). W pozostałych dużych miastach skoki cen były w lutym niewielkie i nie przekroczyły 1 proc. - podaje serwis oferty.net. Oferty w cenie We wszystkich dużych miastach najbardziej, bo aż o 6 proc., zdrożały mieszkania trzypokojowe. Sprzedający żądali za nie średnio 8733 zł za mkw. Cena mkw. w mieszkaniach czteropokojowych wzrosła o 5 proc. i wyniosła w lutym 8646 zł. Prawie na tym samym poziomie co w styczniu utrzymały się ceny mieszkań jednopokojowych (wzrost o 0,4 proc. do 9647 zł za mkw.). Mieszkania dwupokojowe zdrożały średnio o 3,3 proc. proc., osiągając cenę 9119 zł za mkw. Sytuację kupujących pogarsza fakt, że na rynek trafia coraz mniej tanich ofert. W Warszawie w porównaniu ze styczniem zmniejszył się odsetek ofert w cenie do 200 i 300 tys. zł. Ich łączny udział wśród wszystkich wystawionych do sprzedaży mieszkań wyniósł niewiele ponad 13 proc. (podczas gdy w styczniu było to 16,3 proc.). W tym czasie wzrosła podaż mieszkań drogich - w cenie powyżej 400 tys. zł. W styczniu stanowiły one 56,7 proc., a w lutym już ponad 60 proc. ogółu ofert. Nawet pół miliona Ta kosztowna podaż nie pokrywa się z popytem. Na zakup mieszkania "taniego" (do 300 tys. zł) zdecydowanych jest 42,8 proc. poszukujących. Chętni na zakup mieszkania powyżej 400 tys. zł stanowią niespełna 38 proc. ogółu poszukujących. Ciekawostką jest fakt, że średnia cena "taniego", a więc i najmniejszego z możliwych mieszkań - jednopokojowego przekracza w Warszawie... 300 tys. zł (wynosi dokładnie 302 tys. zł). Jednak w stolicy nie brakuje też osób, które są gotowe wydać na mieszkanie majątek. Z raportu serwisu oferty.net wynika, że prawie jedna czwarta poszukujących mieszkania w Warszawie może przeznaczyć na jego zakup kwotę ponad pół miliona złotych! Dla porównania - w Krakowie równie drogimi mieszkaniami interesuje się prawie o połowę mniejsza grupa - 13,3 proc. poszukujących, a we Wrocławiu - 7,2 proc. b.kal. "RZECZPOSPOLITA"
  • Darek
    Darek 5485
    12.03.2007, godz. 11:27
    NOWE MIESZKANIA Jakie stawki dyktowali w lutym deweloperzy W Trójmieście i Poznaniu ceny w górę Od początku roku praktycznie nie zmieniła się średnia wartość metra kwadratowego w Krakowie. Tymczasem w pozostałych dużych miastach ceny ciągle rosną, choć w różnym tempie W lutym największy wzrost stawek za nowe lokale mieszkalne analitycy tabeliofert.pl zanotowali w Trójmieście - w ciągu miesiąca mieszkania podrożały o 6,7 proc. i obecnie ich cena wynosi ok. 6,4 tys. zł za 1 mkw. Pod względem tempa podwyżek na drugim miejscu uplasował się Poznań (5,2 proc.), mimo że ceny w tym mieście rosły o połowę wolniej niż przed miesiącem. - W ujęciu kwotowym wzrost średniej wartości 1 mkw. wyniósł 251 zł, co oznacza, że w stolicy Wielkopolski doszło do przekroczenia kolejnej bariery psychologicznej, czyli kwoty 5 tys. zł za metr. Mimo to Poznań jest nadal niedoszacowany w stosunku do innych miast, można się więc spodziewać tutaj dalszego wzrostu - twierdzi Maciej Dymkowski, dyrektor serwisu nieruchomości tabelaofert.pl. W słabszym tempie Do silnego wzrostu cen nowych mieszkań doszło również we Wrocławiu. Na koniec lutego średnia cena 1 mkw. była wyższa od notowanej na koniec stycznia o 4,5 proc. i wyniosła 7531 zł. Oznacza to, że decydując się na zakup mieszkania, musimy obecnie zapłacić we Wrocławiu średnio o 326 zł za 1 mkw. więcej niż przed miesiącem. - Rynek w stolicy Dolnego Śląska zdaje się nie przejmować prognozami mówiącymi o spodziewanym uspokojeniu i - po wyprzedzeniu Krakowa - goni Warszawę - zauważa Maciej Dymkowski. Lutowe podwyżki nie ominęły również Łodzi, jednak były zdecydowanie łagodniejsze niż w styczniu. Wzrost ten wyniósł 1,8 proc., czyli ok. 84 zł - obecnie za 1 mkw. nowego mieszkania trzeba wyłożyć średnio 4818 zł. Tymczasem, jak wynika z danych serwisu nieruchomości tabelaofert.pl, w Krakowie znów doszło do nieznacznej korekty cen - mieszkania staniały o 0,1 proc. Wola szybko drożeje Podwyżek nie uniknęła również Warszawa, jednak sytuacja w stolicy jest dość stabilna - zmiana w stosunku do stycznia wyniosła jedynie 1 proc. Na koniec lutego za metr mieszkania w stolicy musieliśmy zapłacić średnio 7924 zł, czyli o 82 zł więcej niż przed miesiącem. - W poszczególnych dzielnicach dominował niewielki wzrost. Absolutną rekordzistką okazała się Wola (23,4 proc.). Lokalizacja jeszcze kilka lat temu uważana za niezbyt atrakcyjną, obecnie jest jedną z najpopularniejszych i najdroższych w stolicy. Na miejscu dawnych zakładów przemysłowych powstają luksusowe apartamenty, a dzielnica zdecydowanie zmienia oblicze. Do sprzedaży trafiają kolejne inwestycje, a następne projekty są coraz bliższe rozpoczęcia - mówi Maciej Dymkowski. Sporo podrożały także mieszkania w dzielnicy Wawer - o 13,6 proc., Wilanowie (5,3 proc.) oraz na Ochocie (4,4 proc.). Staniały tymczasem lokale na Pradze-Północ - o 3,6 proc., we Włochach - o 2,6 proc., i na Ursynowie - o 2,5 proc. Co nas czeka w najbliższym czasie? - Mam nadzieję, że pojawią się ostateczne rozstrzygnięcia w kwestii definicji budownictwa społecznego. Obok poważnych braków w miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego i rąk do pracy w budownictwie jest to obecnie największy problem rynku nieruchomości - twierdzi Maciej Dymkowski. Dorota Kaczyńska "RZECZPOSPOLITA"
  • lukas
    lukas 443
    12.03.2007, godz. 20:49
    Szkoda, że pensje nie rosły tak samo jak nieruchomości :) Coś jednak będzie się musiało ruszyć - albo pensje szybko w górę, albo nieruchomości zastopują
  • Darek
    Darek 5485
    12.03.2007, godz. 20:56
    Prosta zasada, każda nowa inwestycja we Wrocławiu, aglomeracji, to szansa na wzrost płac. Czym większa będzie konkurencja na rynku pracy (wśród pracodawców), tym bardziej firmy będą skłonne (zmuszone) podnosić wynagrodzenia.
  • lukas
    lukas 443
    12.03.2007, godz. 21:17
    Koło się jednak zamyka - więcej inwestycji (mniejsze bezrobocie) - większa cena nieruchomości Trzeba obalić mit wielkiego, wielomilionowego zapotrzebowania na mieszkania. Ten mit jest napędzany przez ludzi, których w ogóle nie stać na mieszkanie. Brakuje właśnie tych najtańszych mieszkań - socjalnych - przecież osobę zarabiającą 1000 zł nie ma nawet zdolności kredytowej do takich kredytów
  • Darek
    Darek 5485
    13.03.2007, godz. 00:03
    "Gesah" napisał:
    realnie w szczecinie juz na poczatku lat 90 zrobiuono kwartaly turzynskie, link juz wkljalem ze sky. wymieniono ludzi, zainstalowano m.in. kolektory sloneczne. z calej europy przyjezdzaja wycieczki architektow i urzednikow to ogladac. pozneij przyszedl jurczyk, wiec poki co zamarlo, ale dlaczego nie skorzystac z tych doswiadczen? srodmiescie musi zostac zrewitalizowane jak najszybciej, kazda dostepna metoda, chyba ze chodzi o doprowadzenie do totalnej degradacji i wybureznia, ale o takie pomysly nie mam zamiaru nikogo podejrzewac.
    Przemku: zapraszam w to miejsce: http://investmap.mojeforum.net/viewtopic.php?t=327 :)
  • Darek
    Darek 5485
    13.03.2007, godz. 21:09
    12 marca 2007 - 22:21 Coraz droższe budowanie Sprawdzamy, za ile teraz postawisz własne cztery kąty. Rząd obiecał budowę trzech milionów mieszkań. Mało realny plan. W hurtowniach czeka się miesiącami na materiały budowlane. Ich ceny wciąż idą w górę i brakuje fachowców. Takiej sytuacji w budownictwie nie było od lat. Żeby kupić cegły, pustaki, cement, czeka się w kolejkach. Nawet z rocznym wyprzedzeniem trzeba umawiać do pracy fachowców. A ceny rosną jak na drożdżach. - Mam pozwolenie na budowę. Umówiłem się z ojcem i bratem, że pomogą mi w pracy - mówi Janusz Kostek, który przymierza się do budowy domu w podzielonogórskim Przylepie. - Planowaliśmy stawiać fundamenty jeszcze w tym miesiącu. Okazuje się jednak, że cement będę miał dopiero w maju. Najgorzej ze ścianą Pan Janusz czeka, bo producenci nie nadążają z produkcją, a w hurtowniach brakuje towarów. Są za to, jak 30 lat temu, listy kolejkowe w sklepach. - Ludzie są w szoku, gdy dowiadują się, że na cement trzeba czekać dwa miesiące, a na wełnę mineralną nawet trzy. Wszystko jest rozchwytywane, zanim pracownicy zdążą rozładować towar - mówi Jecek Pels, dyrektor handlowy zielonogórskiej firmy Kajdar. - Zaradni już teraz zapisują się na listy, aby rozpocząć budowę w czerwcu. Podobnie jest z pustakami, silikatami, rurami, stolarką okienną i drzwiową, blachodachówką, i niemal wszystkimi materiałami, które wykorzystuje się na budowie. - Wszystko co wiąże się z budowaniem ścian to tragedia. Nie ma ani materiałów, ani fachowców. Na szczęście nie ma kłopotów jeszcze z dachówkami - powiedział Wojciech Markiewicz, z firmy Marka. Kupują w ciemno W dodatku wszystko co związane jest z budową drożeje. Od kilkunastu do nawet kilkuset procent (jak w przypadku stali). Skaczące ceny są problemem dla tych, którzy wzięli kredyty, bo pożyczki są udzielane pod gotowe kosztorysy. Dziś większość z tych wyliczeń jest już nieaktualnych, a więc gotówki może nie starczyć na skończenie budowy. - Dziś bloczek suporeksu jest droższy o prawie 100 proc. niż na początku ub. roku - podaje przykład Daniel Woźniak z Zielonej Góry, który buduje domy na zlecenie. - A to nie koniec podwyżek, bo mamy już zapowiedzi nowych cen innych materiałów - dodaje Pels. Dlatego zamawiając dziś towar nie wiadomo, ile za niego trzeba będzie zapłacić, np. w czerwcu, gdy trafi do sklepu. Producenci zastrzegają sobie, że będzie obowiązująca cena z dnia odbioru. - Rok temu metr kwadratowy domu w stanie surowym budowałem za 700 - 900 zł. Dziś za 850 - 1.100 - mówi Andrzej Kasperczak, właściciel firmy budowlanej Kasper. Kasperczak w ub. r. dom w stanie surowym o pow. 120 mkw. wybudował za 100 tys. zł. Dziś kosztowałby 130 tys. zł (robocizna plus materiały). "GAZETA LUBUSKA"
  • Rafis
    Rafis 2405
    13.03.2007, godz. 21:13
    kryzys urodzaju :)
  • Rafis
    Rafis 2405
    13.03.2007, godz. 22:18
    widzieliście za ile poszła 6 ha najatrakcyjniejsza działka w łodzi? Poszła za 18 mln zł... 4,5 ha Centrum Południowe poszło za 370 mln zł, jestem w szoku...
  • Gregs
    Gregs 4257
    13.03.2007, godz. 22:23
    hmm no cóż Łódź sie chowa co do Wrocławia Dolny Śląsk zawszy był najbogatszym regionem i w końcu historia zatacza koło :lol:
  • Darek
    Darek 5485
    14.03.2007, godz. 21:44
    Przyszłość należy do deweloperów Na początku lat 90-tych królowały spółdzielnie, które budowały 2/3 mieszkań. Ta pospeerelowska fala budowlana szybko wygasła, a z wielkich, sponsorowanych przez państwo spółdzielni, dominujących w latach 70-tych i 80-tych zostały blokowiska i wspomnienia. Z kolei spółdzielnie, zwłaszcza małe, które były aktywne w latach 90-tych, dziś mają niewielki wpływ na rzeczywistość budowlaną i wybudowały w roku 2005 ok. 7 % wszystkich mieszkań. Spółdzielnie zostały szybko zdetronizowane przez inwestorów indywidualnych, którzy już w roku 1994 stali się głównym graczem na rynku mieszkaniowym. Setki tysięcy domków, wybudowanych przez jednorazowych inwestorów, to w komunizmie konieczność. W okresie transformacji ustrojowej, w czasach w których nie było kredytu hipotecznego, deweloperów, kapitału ani terenów pod większe realizacje, ta forma budowania była na swój sposób bezpieczna. Inwestycje trwały latami, ich tempo było dostosowane do bieżących dochodów i drobnych kredytów. Budowy zaczynały się, ale rzadko formalnie kończyły. Skutek tej formy aktywności jest zauważalny w każdej części Polski. Rozproszona zabudowa, eklektyzm stylistyczny, niefunkcjonalność, za duże, nieuzasadnione realnymi potrzebami, domy, ślady twórczej działalność budowlanej teściowych, synowych i wujków. Indywidualna budowanie na swój sposób było psychologiczną reakcją na standardowe, siermiężne budowanie w latach komunistycznych. I odpowiada wybitnie indywidualistycznej strategii większość Polaków, którzy czuję naturalną niechęć do bardziej zbiorowych form organizacji. Jeden z deweloperów, oferujący domki jednorodzinne, opowiadał o swoich pełnych cierpień rozmowach z klientami.- A dach nie pod tym kątem! - Może zmienić kolor dachówki ?! - Proszę przesunąć wejście i garaż! - I ścianę. Po takich rozmowach deweloper, podany ciśnieniu polskich gustów, poddał się i wycofał z oferty domki jednorodzinne. Konsekwencją indywidualnego budowania i tak jest rozproszenia zabudowy. Tam, gdzie gminy próbowały ogarnąć tę spontaniczną aktywność miejscowymi planami zagospodarowania przestrzennego, nowe osiedla nigdy w zasadzie nie osiągnęły stanu docelowego, przypominając powybijaną szczękę. Część inwestorów budowała zgodnie z planem, ale brzydko, nie licząc się z estetyką i otoczeniem. Część rezygnowała z budowy powodowana niemocą finansową. Gdy grunt był tani, na budowę domu porywają się osoby bez większej zdolności kredytowej. Niektórzy właściciele gruntu nigdy nie planowali budowy i czekają na dalszy wzrost cen. Część osób inwestuje w celach spekulacji. A w Polsce, jak wiadomo, nie ma żadnego instrumenty, na przykład podwyższonego podatku od nieruchomości, który zmuszałby do szybszego budowania. Część indywidualnego budowania jest wynika z „czarnego” rynku, tak po stronie inwestorów, jak firm budowlanych. Mimo tych wad, indywidualne budowanie ma jedną, fundamentalną zaletę. Odbywa się bez udziału państwa i poprawia faktyczny stan budownictwa. Lepiej realne „coś”, niż wymarzone „nic”. O ile państwowe statyki programowo zawyżają liczbę bezrobotnych, o tyle statystyki te zaniżają wyniki budownictwa jednorodzinnego. Doszło do tego, że w trakcie budowy było prawie 700 tysięcy mieszkań, głównie w domach jednorodzinnych, czyli ponad 10 razy więcej, niż w najgorszym dla budownictwa mieszkaniowego roku 1996, w którym oddano do użytku tylko 62 tysiące mieszkań. Zaostrzenie przepisów budowlanych i abolicja budowlana z roku 2003 zaowocowała rekordową ilością oddanych do użytku mieszkań (162,7 tysiąca). Stan statystycznej fikcji trwa do dziś, bo szacuje się, że ok. 200 tysięcy domów jest faktycznie użytkowanych, choć są to budowy. Ale wszelkie znaki na niebie wskazują, że za kilka lat deweloperzy staną się dostawcą numer 1 i wyprą indywidualnych majsterkowiczów oraz inwestorów zorganizowanych. Deweloperzy są zawodowymi przedsiębiorcy, którzy prowadzą projekt od A do Z i nie budują na swoje potrzeby. W roku 1990 udział w rynku mieszkaniowym deweloperów równał się zero, bo deweloperów po prostu nie było. Do roku 1998 nie przekroczył 10 %. Od roku 2000 udział ten waha się od 23 do 32 %. W okresie dekoniunktury w latach (2002-2004) pozycja deweloperów lekko się zachwiała, ale będzie rosła. Aktywność deweloperów wyraża się dużą liczbą noworozpoczynanych projektach mieszkaniowych. W roku 2004 deweloperzy rozpoczęli budowę 24 % mieszkań, w roku 2005 – 28%, a w I połowie roku 2006 – już 33 %. Rentowności działalności deweloperskiej wzrosła do 20-25 % i staje się przedmiotem zainteresowania inwestorów giełdowych. Dla firm deweloperskich oznacza to nic innego, jak otwarcie dostępu do rynku kapitałowego. W roku 2006 zarabiali wszyscy, ale sektor firm dewelopersko- budowlach rósł najszybciej. WIG Budownictwo wzrósł najwięcej (+162 %), ponad trzy razy więcej niż WIG ( + 46,7 %). W roku 2005 na warszawskiej giełdzie notowane był akcje 2 spółek (GTC i Echa Investment). W roku 2006 kilka firm weszło na giełdę ( jak Dom Development), a kilka zmieniło profil działalności. Przykładem takiej transformacji jest legnicko- wrocławska firma Gant S.A, która raczej kojarzona jest z wymianą walut, niż z deweloperską. Emisją na warszawskiej GPW zapowiada wrocławska firma Leszka Czarneckiego LC Corp, która zbuduje najwyższy budynek mieszkaniowy w Polsce. Wszystko wskazuje na to, że budowanie ( w tym domków jednorodzinnych) będzie coraz częściej profesjonalne. Projekty będą konkurować ze sobą, a teściowe będą miały coraz mniejszy wpływ na dobór technologii budowlanych. Analitycy przewidują, że wzrost udział deweloperów będzie odbywał się raczej kosztem innych inwestorów instytucjonalnych, niż inwestorów indywidualnych. Indywidualistyczne ciągoty Polaków są silniejsze od ekonomicznego rozsądku. Ale jedną opinię można zaryzykować- przyszłość należy do deweloperów. Sławomir Najnigier
  • Darek
    Darek 5485
    14.03.2007, godz. 22:20
    Zalety i wady kredytów na 45 lat Wprowadzenie do oferty banków kredytów hipotecznych o okresie spłaty sięgającym 540 miesięcy jest manną z nieba dla inwestorów, którzy takie kredyty mogą traktować niemal jak dożywotnią karencję w spłacie kapitału. Może być także wybawieniem dla osób o niskiej zdolności kredytowej. Biorąc pod uwagę obecne warunki udzielania kredytów złotowych (średnie oprocentowanie 5,5 proc.) wydłużenie spłaty kredytu hipotecznego o ratach równych (najczęściej wybieranych) z 30 do 45 lat przynosi dwa skutki – obydwa korzystne dla kredytobiorców. Rata kapitałowa zmniejszy się w takim układzie o nieco ponad 60 proc., co wpłynie także korzystnie na wysokość raty finalnej, która spadnie o niespełna 12 proc. Wydawałoby się więc, że kredytobiorcy powinni składać wnioski o jak najdłuższy okres kredytowania. Warto jednak pamiętać, że wydłużenie spłaty kredytu z 30 na 45 lat oznacza także, że oddamy bankowi aż o dwie trzecie więcej odsetek (łącznie, w całym okresie kredytu). Płynność najważniejsza Mimo wszystko korzyść w postaci zwiększonej bieżącej płynności finansowej będzie szczególnie cieszyła dwie grupy kredytobiorców. Pierwszą stanowią osoby, które z trudnością spełniają kryteria zdolności kredytowej. O ile np. młode małżeństwo z łącznymi dochodami 4000 PLN brutto nie może liczyć na pożyczkę 200 tys. PLN na mieszkanie przy kredycie 30-letnim, to przy kredycie 45-letnim ma już taką szansę. W tej sytuacji na drugi plan schodzi kwestia łącznie spłacanych odsetek w okresie kredytowania, a pojawia się kwestia mieć, albo nie mieć własnego mieszkania. Wiele osób sądzi, że nie warto poświęcać 45 lat życia na spłatę kredytu za kawalerkę (bo 200 tys. PLN na takie mieszkanie wystarcza). Owszem nie warto, ale też nie ma takiej potrzeby. Trzeba bowiem brać pod uwagę także długookresową inflację i wzrost płac. Jeśli przez najbliższe 10 lat małżeństwo z naszego przykładu będzie co rok dostawać 5-proc. podwyżkę, to po 10 latach jego dochody wzrosną do 6200 PLN, co znacznie ułatwi dalszą spłatę kredytu, lub zaciągnięcie nowego na większe mieszkanie. Drugą grupą kredytobiorców, której wydłużenie okresu spłaty służy szczególnie, są inwestorzy kupujący mieszkania na wynajem i w celu późniejszej odsprzedaży. Wydłużenie spłaty do 45 lat brzmi bowiem dla nich niemal jak dożywotnia karencja w spłacie kapitału – w strukturze całej raty, spłacany kapitał będzie bowiem stanowił – w naszym przykładzie – tylko 8,5 proc całości raty, podczas gdy przy kredycie 30-letnim jest to prawie 20 proc. całości raty. Zmniejszenie raty całkowitej o 12 proc. oznaczać może dla inwestorów znaczną poprawę płynności. Okazać się może że wpływy z najmu kupionego za 400 tys. PLN mieszkania mogą pokryć 75 proc. wysokości raty kredytowej, co może mieć kapitalne znaczenie dla kogoś, kto chce mieć nie trzy, ale na przykład pięć mieszkań w portfelu. Ryzyko jest większe Czynnikiem ryzyka, który zyskuje na znaczeniu w przypadku kredytów o długim okresie kredytowania są stopy procentowe. Im dłuższy kredyt, tym groźniejszy jest wzrost oprocentowania kredytów dla wysokości finalnej raty. Dlatego nie każdy, kto nie ma takiej potrzeby, powinien brać kredyt rozłożony aż na 540 rat. Poniżej przedstawiamy przykład zmiany wysokości raty w przypadku, gdyby oprocentowanie kredytów wzrosło do 6,5 proc., a nie jest to wcale czarny scenariusz. Gdyby oprocentowanie kredytów wzrosło do 7,5 proc. rata kredytu 30-letniego wzrosłaby o 23 proc., a 45-letniego o 29 proc., w porównaniu z obecnym poziomem.
  • inwestomaniak
    inwestomaniak 544
    15.03.2007, godz. 18:28
    http://dom.gazeta.pl/nieruchomosci/1,73497,3985196.html Powstaje coraz więcej mieszkań Marek Wielgo2007-03-13, ostatnia aktualizacja 2007-03-13 20:40 Zaskakująco dobre dane dotyczące budownictwa mieszkaniowego. GUS podał we wtorek, że o przeszło 30 proc. wzrosła w 2006 r. liczba rozpoczętych mieszkań Te dane najlepiej mówią o koniunkturze w budownictwie mieszkaniowym. Jak podał wczoraj Główny Urząd Statystyczny, inwestorzy rozpoczęli w ubiegłym roku budowę blisko 138 tys. mieszkań. Ten wynik, choć o przeszło 30 proc. lepszy niż w roku 2005, wciąż nie jest na tyle dobry, żeby udało się wybudować 3 mln mieszkań w ciągu ośmiu lat. Ale cieszmy się z tego, co jest, bo jeszcze w połowie roku zanosiło się na ostre wyhamowanie inwestycji. Np. w stolicy, gdzie po mieszkania ustawiają się kolejki, firmy deweloperskie od stycznia do czerwca zaczęły budowę niespełna 6 tys. nowych mieszkań, co oznaczało blisko 17-proc. spadek. Prezes Polskiego Związku Firm Deweloperskich Jarosław Szanajca tłumaczył nam wówczas, że wskutek braku planów zagospodarowania oraz nowej interpretacji przepisów dotyczących ochrony środowiska niemiłosiernie wydłuża się czas przygotowania inwestycji. Deweloperzy zapewniają, że bardzo im zależy na jak najszybszym rozpoczęciu budowy, żeby wykorzystać okres prosperity. I rzeczywiście, w drugiej połowie roku place budów wyraźnie się ożywiły. W efekcie przez cały ubiegły rok aż o ponad 66 proc. wzrosła podaż mieszkań budowanych przez firmy deweloperskie, zaś o blisko 18 proc. więcej domów jednorodzinnych zaczęli budować inwestorzy indywidualni. Optymizmem napawają także ubiegłoroczne dane dotyczące pozwoleń na budowę. Np. deweloperzy na ich podstawie będą mogli zbudować aż 74,5 tys. mieszkań, co oznacza 69-proc. wzrost! To dobra wiadomość dla osób planujących zakup własnego M. - Rosnąca podaż mieszkań może spowolnić wzrost ich cen - komentuje Maciej Dymkowski, dyrektor serwisu nieruchomości http://www.tabelaofert.pl . Problem w tym, że rozpoczęcie inwestycji nie oznacza, że wszystkie mieszkania trafiają na rynek. W sytuacji dużego popytu deweloperzy często wstrzymują się ze sprzedażą części mieszkań, by w trakcie budowy móc uzyskiwać coraz wyższą cenę. Według Dymkowskiego np. w Krakowie już drugi miesiąc z rzędu średnia cena metra kwadratowego mieszkań oferowanych przez deweloperów praktycznie się nie zmieniła. Z kolei w Warszawie ta średnia podskoczyła w lutym tylko o 1 proc. Ceny nie zatrzymały się natomiast we Wrocławiu. Wygląda też na to, że mogą sprawdzić się prognozy analityków mówiące o dwucyfrowym wzroście cen nowych mieszkań w Trójmieście, Poznaniu i Łodzi. Tymczasem bankowcy są coraz bardziej zaniepokojeni, bo konsekwencją wzrostu cen mieszkań jest spadek ich dostępności. Jak podaje Fundacja na rzecz Kredytu Hipotecznego, pod koniec 2006 r. osoba mająca przeciętne zarobki mogła kupić za kredyt 46-metrowe mieszkanie, podczas gdy rok wcześniej - blisko 60-metrowe (do tych wyliczeń uśredniono przeciętne ceny mieszkań z pięciu największych miast). Obecna sytuacja skłoniła ekspertów tej fundacji do obniżenia "klimatu hipotecznego" ze złotego na srebrny. Ten wskaźnik pokazujący koniunkturę na rynku kredytów hipotecznych mierzony jest w sześciostopniowej skali: czarny, miedziany, brązowy, srebrny, złoty i platynowy.
  • Orzech
    Orzech 194548
    15.03.2007, godz. 20:01
    W piątek w Hali Stulecia rusza Tarbud nowmac 2007-03-15, ostatnia aktualizacja 2007-03-15 17:52 230 firm zaprezentuje swoją ofertę na wiosennej edycji największych na Dolnym Śląsku Targów Budownictwa "Tarbud 2007" Tarbud gości w Hali Stulecia już po raz XXI. Impreza startuje w piątek i potrwa do niedzieli. Wśród wystawców przeważają firmy z Wrocławia i okolic (ponad 50 proc.). Ale swoją ofertę zaprezentują też przedsiębiorstwa z województwa opolskiego, śląskiego, wielkopolskiego, zachodniopomorskiego i mazowieckiego. Na targach będzie można obejrzeć maszyny, pojazdy specjalistyczne czy narzędzia budowlane. - Swoje produkty prezentować będą producenci okien, drzwi, okuć i profili, a także stropów, dachów, izolacji, podłóg, posadzek - wymienia Joanna Repelowska, komisarz targów. W Hali Stulecia swoje stoiska będą miały też firmy specjalizujące się w chemii budowlanej, technice sanitarnej, wentylacyjnej i klimatyzacyjnej. Razem z budowlańcami wystawią się również firmy działające w branży kamieniarskiej. Zobaczymy najnowsze wzorce i technologie kostki brukowej czy płyt chodnikowych. Swoje stoiska będą mieli również deweloperzy, instytucje bankowe, towarzystwa ubezpieczeniowe. Będzie można uzyskać pełną informację na temat kredytów hipotecznych, ubezpieczeń czy doradztwa budowlanego. Już tradycyjnie nie zabraknie imprez towarzyszących. Wystawcy będą rywalizować w konkursach na najlepszy produkt i najciekawszą aranżację stoiska targowego. Na seminariach przedsiębiorcy będą mogli dowiedzieć się o budownictwie energooszczędnym, budownictwie socjalnym, czy też jak skutecznie wykorzystać internet w budownictwie. Goście targów będą mogli obejrzeć pokazy prac wykończeniowych: dekarstwo, tynkarstwo, techniki mocowań, malowanie powierzchni, układanie glazury i pustaków szklanych. http://miasta.gazeta.pl/wroclaw/1,35751,3990136.html
  • Anonymous
    Anonymous
    18.03.2007, godz. 21:02
    Tłumy na Tarbudzie i Festiwalu Wnętrz Maciej Nowaczyk 2007-03-18, ostatnia aktualizacja 2007-03-18 20:20 Budowlane imprezy w Hali Stulecia i położonej nieopodal hali IASE odwiedziło ponad 20 tys. osób To pierwszy od lat przypadek, że we Wrocławiu w jednym czasie i miejscu zorganizowano trzy duże imprezy budowlane. Oprócz Tarbudu i Targów Wnętrz odbyły się też targi drewna Drewood. Na Tarbudzie, największych na Dolnym Śląsku targach budownictwa, wystawiło się 230 firm - głównie producenci okien, drzwi, okuć, profili, stropów, dachów, izolacji, podłóg czy posadzek. Można było zobaczyć też maszyny, pojazdy specjalistyczne i narzędzia budowlane. Tłumy przewijały się także przed stoiskami firm chemii budowlanej, techniki sanitarnej, wentylacyjnej i klimatyzacyjnej. Nie zabrakło deweloperów, banków i towarzystw ubezpieczeniowych. Joanna Repelowska, komisarz targów Tarbud: - Liczba gości przerosła nasze oczekiwania. W ciągu trzech dni przewinęło się ich ponad 20 tys. To rekord. To, że organizatorzy nie byli na to przygotowani, widać było przy kasach. Aby dostać się na targi, trzeba było przy nich odczekać nawet pół godziny. Razem z Tarbudem w Hali Stulecia został zorganizowany Drewood. Na międzynarodowych targach drewna wystawiło się ok. 70 firm, główne tartaki. Przez cały weekend oblegany był również Festiwal Wnętrz, zorganizowany przez krakowskie Virtus Studio. Goście, a było ich przeszło pięć tysięcy, podziwiali nowe trendy w aranżacji pokoi dziennych i biurowych, kuchni czy sypialni. Można było porozmawiać z architektami, dekoratorami wnętrz i plastykami. Ogromnym zainteresowaniem cieszyły się również seminaria, podczas których specjaliści opowiadali o harmonijnym aranżowaniu przestrzeni i tworzeniu własnego stylu. http://miasta.gazeta.pl/wroclaw/1,35751,3996231.html
  • Orzech
    Orzech 194548
    19.03.2007, godz. 10:46
  • Orzech
    Orzech 194548
    19.03.2007, godz. 10:50
    ROZMOWA polska oferta na targach inwestycyjnych w Cannes Wszyscy inwestorzy pytają o projekty mieszkaniowe w Polsce Rozmowa z Jolantą Nowakowską-Zimoch, partnerem kancelarii Lovells : Odwiedziła pani targi MIPIM w Cannes kolejny raz. Co w tym roku panią zaskoczyło na tym największym w Europie spotkaniu branży nieruchomości? Jolanta Nowakowska-Zimoch: Już rok temu miałam wrażenie, że chyba już więcej osób na tych targach się nie zmieści. A tymczasem tłumy w tym roku były ogromne. Organizatorzy podawali, że imprezę odwiedziło ponad 21 tysięcy osób. Pałac festiwalowy w Cannes i dodatkowe pawilony dostawione w ubiegłym roku nie wystarczyły. Pojawiły się kolejne. Jakie było najciekawsze wydarzenie w czasie targów? Wiem, że wykład Daniela Libeskinda na temat nowych trendów w architekturze cieszył się ogromnym zainteresowaniem. Dla nas to ważne, ponieważ ten słynny architekt mówił m.in. o swoim projekcie w Polsce przy ul. Złotej w Warszawie. Poza tym na polskim stoisku odbył się organizowany przez władze Warszawy razem z firmą Orco koktajl, na którym obecny był także Libeskind. Miał krótkie wystąpienie, co było promocją dla Polski. A jak prezentuje się nasz kraj na tle innych, na najważniejszych targach nieruchomości? Moim zdaniem mamy bardzo ładne stoisko w tym roku, nowoczesne, w niczym nie odbiegające od innych wystaw. A w poprzednich latach wyróżniało się na minus. Już z daleka widać piękną prezentację panoramy Warszawy. To jednak za mało, abyśmy byli w centrum uwagi inwestorów przyjeżdżających do Cannes... Kto dominuje na targach, jaki kraj najbardziej widać? W centrum uwagi jest Rosja. W ogóle można odnieść wrażenie, chodząc po terenach targowych, że impreza ta została zdominowana przez Rosjan. Ceremonia otwarcia targów była sponsorowana przez Krasnodarski Kraj. Uroczystość była bardzo huczna, z występem chórów ludowych, tańcami, fajerwerkami. Rosja ma ogromne stoisko. Znacząco promują się Petersburg, Moskwa i Krasnodarski Kraj. A inwestorzy coraz wyraźniej patrzą na Wschód... Zdecydowanie tak, bo widzą tam rynek z ogromnym potencjałem. Ciągle jest jakieś ryzyko polityczne, ale w porównaniu z możliwościami tego rynku, inwestorzy są w stanie je zaakceptować. Widać duże zainteresowanie rynkiem rosyjskim i ukraińskim. Zachodni deweloperzy porzucą Polskę? Nie, ponieważ my jesteśmy ciągle atrakcyjnym krajem. Musimy jednak mieć świadomość, że jesteśmy rynkiem dużo mniejszym niż rosyjski. Poza tym nas inwestorzy traktują tak jak wszystkie kraje Europy Zachodniej z uwagi na to, że nie ma tu już takiego ryzyka, jak w latach 90. Równocześnie wiąże się to z mniejszymi możliwościami zarobku. Do kogo, spośród młodych członków UE, najbardziej lgną inwestorzy? Zdecydowanie do Rumunii. Być może dlatego, że Rumunia jest postrzegana w taki sposób, jak Polska jeszcze kilka lat temu, kiedy była porównywana z Hiszpanią. Dziś w Rumunii bardzo szybko rozwijają się inwestycje nieruchomościowe, stopy zwrotu są już takie jak w Polsce, ponieważ oscylują na poziomie 7 proc., podczas gdy jeszcze półtora roku wahały się od 12 do 18 proc. Czego inwestorzy nieruchomościowi oczekują od władz naszego kraju, na co narzekają? Ciągle na to samo: brak planów zagospodarowania przestrzennego pozwalających wiedzieć, co inwestor, jeżeli nabędzie daną działkę, może na niej wybudować; duża uznaniowość przy wydawaniu decyzji o warunkach zabudowy, biurokratyczne procedury i bardzo skomplikowany system prawny. Czy to jest powszechna wiedza wśród zagranicznych deweloperów? Tak. Wiedzą też, że dużym inwestycjom zwykle towarzyszą protesty sąsiadów, ekologów. Postrzegają to jako obstrukcję czasową i administracyjną. Na jaki kapitał możemy liczyć? Kto jeszcze do nas zapuka? Chyba wszyscy inwestorzy europejscy, izraelscy i amerykańscy spróbowali już jakiś inwestycji w Polsce. Pomijając wcześniej wymienione problemy, mówią o tym, że u nas jest wykształcona kadra i z tego powodu jest im dość łatwo inwestować. Wczoraj jeden z naszych klientów amerykańskich powiedział wprost: w Polsce nie mamy żadnych trudności językowych, które np. mamy we Francji. Bo już poza Paryżem trudno dogadać się po angielsku. Na jakiego rodzaju inwestycje możemy liczyć? W tej chwili wszyscy inwestorzy, niezależnie od tego, jaką mają strategię rozwoju i finansowania, są bardzo zainteresowani rynkiem mieszkaniowym. I to zarówno fundusze, jak i indywidualnie zespoły czy grupy inwestorów. Poza tym ciągle mamy bardzo dużo pytań na temat parków logistycznych, magazynów. rozmawiała Grażyna Błaszczak http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/ni ... _a_21.html